Edgar Freemantle w ciężkim wypadku samochodowym traci rękę i zdrowe zmysły. Nękany niekontrolowanymi napadami szału, musi zacząć życie od początku. Za radą psychologa wyrusza na Duma Key, olśniewająco piękną i odludną wyspę na wybrzeżu Florydy, należącą do sędziwej Elizabeth Eastlake. Wynajmuje tam dom, wiedząc tylko jedno: chce rysować. Tworzone z chorobliwą pasją obrazy Edgara są owocem talentu, nad którym stopniowo przestaje mieć kontrolę. Kiedy tragiczne dzieje rodziny Eastlake’ów zaczynają wyłaniać się z mroków przeszłości, nieposkromiona moc dzieł Freemantle’a objawia swe coraz bardziej przerażające i niszczycielskie możliwości.
Fragment książki "Ręka mistrza"
1
Moje poprzednie życie
I
Nazywam się Edgar Freemantle. W Minnesocie, w moim poprzednim życiu, to nazwisko znaczyło naprawdę wiele w branży budowlanej. „Moje poprzednie życie” to tekst, który podłapałem od Wiremana. O Wiremanie też wam opowiem, ale najpierw skończę o Minnesocie.
To trzeba powiedzieć: byłem tam wzorcowym okazem amerykańskiego dziecka szczęścia. Zaczynałem w firmie budowlanej. Piąłem się w górę, dopóki to było możliwe, a kiedy skończyła się drabina awansu, odszedłem, żeby założyć własny biznes. Szef, kiedy mu o tym powiedziałem, wyśmiał mnie, przepowiadając, że zbankrutuję w ciągu roku. Zdaje się, że większość szefów mówi to samo młodym wilkom, które postanawiają odejść na swoje.
Ale mnie wszystko szło jak po maśle. Boom budowlany w Minneapolis-St. Paul nakręcił wymarzoną koniunkturę dla Freemantle Company. Kiedy biznes szedł gorzej, nie wychylałem się i nie próbowałem szarżować. Kierowałem się intuicją i zazwyczaj dobrze na tym wychodziłem. Zanim stuknęła mi pięćdziesiątka, nasz wspólny majątek – to znaczy mój i Pam – był wart czterdzieści milionów dolarów. Mimo to nie szastaliśmy pieniędzmi. Mieliśmy dwie córki; w momencie, gdy nasz osobisty złoty wiek dobiegł nagłego końca, Ilse studiowała na Brown University, a Melinda była we Francji, gdzie pracowała jako nauczycielka w ramach programu wymiany. Zamierzaliśmy z żoną wybrać się do niej, ale wtedy właśnie wszystko wzięło w łeb.
Miałem wypadek na budowie. Sytuacja była w sumie zupełnie prosta: żadna furgonetka, niech to będzie nawet wypasiony na maksa dodge ram, nie ma szans, kiedy próbuje się siłować z dwunastopiętrowym dźwigiem. Z prawej strony głowy miałem tylko stłuczenie, ale po lewej znajdowała się rama drzwi. Wyrżnąłem o nią z taką siłą, że czaszka pękła mi w trzech miejscach. A może w pięciu. Moja pamięć funkcjonuje już o wiele sprawniej, ale i tak jeszcze długo poczekam, zanim powróci do stanu pierwotnego.
To, co stało się z moją głową, lekarze określili mianem „uszkodzenia z przeciwwagi”. Tak nazywa się mechanizm zwrotny, który często powoduje o wiele większe obrażenia niż samo uderzenie. Do tego miałem połamane żebra i prawe biodro w kawałkach. Straciłem tylko trzydzieści procent wzroku w prawym oku (w pogodny dzień jest nawet jeszcze lepiej), ale za to całą prawą rękę.
Nie powinienem był tego przeżyć, ale przeżyłem. Uszkodzenia mózgu wywołane obrażeniami z przeciwwagi miały doprowadzić do upośledzenia umysłowego i z początku faktycznie tak było, ale potem mi przeszło. Mniej więcej. Kiedy wróciłem do zdrowych zmysłów, nie miałem już żony, tylko że już nie mniej więcej, lecz całkiem definitywnie. Nasze małżeństwo trwało dwadzieścia pięć lat, ale, jak to mówią: gówno chodzi po ludziach. Zresztą wszystko jedno: odeszła, to odeszła. Koniec to koniec. Czasem tak jest lepiej.
Kiedy mówię, że byłem upośledzony umysłowo, to znaczy, że przez jakiś czas nie rozpoznawałem nikogo – nawet własnej żony – i nie wiedziałem, co się ze mną stało. Nie potrafiłem zrozumieć, skąd się bierze ten potworny ból, który czuję. Teraz już nie pamiętam, jak bardzo cierpiałem; od tamtych wydarzeń minęły cztery lata. Przypominam sobie, że musiałem znosić ten ból i że był ON wprost niewyobrażalny, ale to już raczej czysto teoretyczne rozważania. Wtedy to nie była teoria. Wtedy czułem się jak facet, który trafił do piekła i nie ma zielonego pojęcia za co.
„Najpierw boisz się, że umrzesz, a potem – że przeżyjesz”. Tak mawia Wireman, a on wie, co mówi; też był na wakacjach w piekle.
Przez cały czas wszystko mnie bolało. W uszach dzwoniło bez chwili przerwy, jakbym miał we łbie wielki sklep, a w nim na wszystkich półkach – zegary bijące północ. Prawe oko miałem rozwalone, więc oglądałem sobie świat w kolorze krwi, z tym że nie bardzo wiedziałem, na co właściwie patrzę. Niczego nie umiałem nazwać. Pamiętam, jak kiedyś przyszła do mnie Pam; leżałem jeszcze w szpitalu. Stała obok mojego łóżka, a ja byłem maksymalnie wkurzony, że stoi, kiedy ma na czym usiąść. Przecież zaraz pod ręką stało to coś, na czym się siada.
– Przynieś sobie cherlaka – powiedziałem. – Usiądź na cherlaka.
– O co ci chodzi, Edgar? – Nie zrozumiała.
– Cherlaka, zdechlaka! – wrzasnąłem. – Przynieś sobie, kurwa, to truchło, ty zasrana suko!
Głowa pękała mi z bólu. Pam zaczęła płakać. Przeklinałem ją za to, że tak płacze bez powodu. W końcu to nie ona, tylko ja tkwiłem w tej klatce, to ja widziałem wszystko przez czerwoną mgłę. To nie ona była jak małpa w klatce. I wtedy mnie olśniło.
– Przynieś sobie to chuchro i sadzaj!
Mój skołowany, rozpieprzony mózg nie potrafił znaleźć bardziej odpowiedniego określenia przedmiotu, o który chodziło. A chodziło o krzesło.
Wszystko bez przerwy mnie drażniło. Miałem dwie pielęgniarki w starszym wieku, które przezywałem „Sucha Cipa Jeden” i „Sucha Cipa Dwa”; gdyby Dr. Seuss1 chciał kiedyś napisać dla odmiany jakąś obleśną historyjkę, nie mógłby wymyślić lepszych imion. Wolontariuszkę, która do mnie przychodziła, nazywałem „Obywatelka Śliwka”. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale w jakiś sposób kojarzyło się to z seksem. Przynajmniej mnie. Kiedy powróciło mi trochę siły, zabrałem się do bicia ludzi. Dwa razy próbowałem dźgnąć Pam nożem i raz mi się nawet udało. Trafiłem ją w przedramię, a chociaż to był tylko plastikowy nóż stołowy, to i tak trzeba było szyć. Czasami musieli mnie krępować.
Co mi się najlepiej wryło w pamięć z tego okresu mojego poprzedniego życia? Pewne upalne popołudnie pod koniec miesięcznego pobytu w bardzo drogim domu dla rekonwalescentów. Bardzo droga klimatyzacja nie działa, ja leżę przywiązany do własnego łóżka, cały prawy bok, boleśnie zesztywniały, piecze i kłuje, jakby ktoś mnie szturchał pogrzebaczem, prawa ręka, której nie mam, swędzi, palce prawej dłoni, której też nie mam, drżą, na następną dawkę oxycontinu przez jakiś czas nie mogę liczyć (nie wiem, jak długo będę czekał, bo kompletnie straciłem poczucie czasu), a tu nagle z czerwonej mgły wynurza się pielęgniarka – przyszła popatrzeć na małpę w klatce – i pyta:
– Jest tutaj pańska żona. Chce pan się z nią zobaczyć?
A ja odpowiadam:
– Nigdy w życiu. Chyba że przyniosła gnata, żeby mnie zastrzelić.
Wydaje się, że taki ból nigdy nie ustanie, ale to nieprawda. Kiedy wreszcie przestaje boleć, odsyłają człowieka do domu, gdzie zaczynają się nowe tortury: rehabilitacja. Powoli przestałem widzieć wszystko na czerwono. Pewien psycholog, specjalista od hipnoterapii, pokazał mi parę sprytnych sztuczek, żebym mógł radzić sobie z bólami fantomowymi i swędzeniem amputowanej ręki. Nazywał się Kamen. Reba, jedna z niewielu rzeczy, które zabrałem ze sobą, porzucając poprzednie życie, aby zamieszkać na wyspie o nazwie Duma Key, była prezentem od niego.
[darmowy fragment książki "Ręka mistrza", strony 9-12]
W jakim klimacie utrzymana jest powieść "Ręka mistrza" Stephena Kinga?
"Ręka mistrza" to nastrojowy thriller psychologiczny z wyraźnymi elementami grozy, osadzony w dusznej atmosferze Florydy. Autor skupia się na procesie rekonwalescencji głównego bohatera po ciężkim wypadku, łącząc ból fizyczny z narastającym niepokojem. Tajemnica wyspy Duma Key odkrywana jest powoli, co buduje silne napięcie emocjonalne u czytelnika. To proza skupiona na psychologii twórczości i mrocznych sekretach przeszłości, gdzie klimat odosobnienia odgrywa kluczową rolę.
Czy fabuła książki koncentruje się wyłącznie na zjawiskach paranormalnych?
Powieść łączy realistyczne studium radzenia sobie z traumą z subtelnym, lecz narastającym wątkiem nadprzyrodzonym. Główny wątek dotyczy odzyskiwania sprawności i odkrywania niezwykłego talentu malarskiego, który staje się pomostem do niewyjaśnionych zdarzeń. Nadprzyrodzone moce są tu ściśle powiązane z aktem tworzenia sztuki i mroczną historią miejsca, w którym toczy się akcja. King mistrzowsko zaciera granicę między obłędem a rzeczywistą ingerencją sił nieczystych w życie bohatera.
Dla jakiego typu czytelnika ta historia będzie najbardziej satysfakcjonująca?
Książka ta jest idealna dla czytelników ceniących głęboko zarysowane postacie oraz powolne budowanie fundamentów pod finałową grozę. Docenią ją osoby szukające w literaturze motywów związanych ze sztuką, procesem twórczym oraz walką z własnymi słabościami po życiowej tragedii. To pozycja dla fanów dojrzałego stylu autora, w którym warstwa obyczajowa dominuje nad gwałtowną akcją. Lektura wymaga od odbiorcy zaangażowania w śledzenie skomplikowanych relacji międzyludzkich i wewnętrznych monologów.
Czy ta powieść posiada dynamiczne tempo akcji charakterystyczne dla thrillerów?
"Ręka mistrza" charakteryzuje się niespiesznym tempem narracji, które pozwala na pełne zanurzenie się w wewnętrznym świecie bohatera. Zamiast nagłych zwrotów akcji, autor stawia na gęstą atmosferę i sukcesywne odkrywanie mrocznych detali otoczenia wyspy. Dynamika wydarzeń wzrasta znacząco dopiero w ostatniej części utworu, prowadząc do intensywnego i dramatycznego rozwiązania wszystkich wątków. Jest to jedna z tych powieści, w których droga do celu jest równie istotna merytorycznie, co samo zakończenie.
Komu odradza się sięgnięcie po tę konkretną powieść Kinga?
Osoby oczekujące szybkiego tempa akcji i typowego dla slasherów rozlewu krwi mogą poczuć się zawiedzione tą pozycją. Ze względu na bardzo szczegółowe opisy cierpienia fizycznego i psychicznej walki z niepełnosprawnością, treść może być przytłaczająca dla czytelników szukających lekkiej rozrywki. Nie jest to również odpowiedni wybór dla odbiorców preferujących krótkie formy literackie, ze względu na znaczną objętość tego tomu. Książka nie sprawdzi się u osób, które unikają w literaturze motywów związanych z przewlekłym bólem i traumą powypadkową.