Znalezione nie kradzione

Autor:

Średnia: 4.3 Ilość ocen: 3
Wysyłka w:
24 godziny + czas dostawy
Seria
Rok wydania
2015
Wydawnictwo
Ilość stron
480
Inne wersje (4)
Książka, op. twarda
za 39,01 zł
eBook, mobi, epub
za 28,04 zł
Audiobooki mp3
od 28,38 zł
Nasza cena: 31,96 zł 38,50 zł Taniej o: 17%

Gdy fascynująca literatura zmienia się w obsesję...

Genialny autor i psychofan, który nie cofnie się przed niczym... Detektywi znani z powieści Pan Mercedes znowu ruszają na ratunek!

Rok 1978. Morris Bellamy napada na farmę, gdzie przed światem ukrywa się genialny pisarz, John Rothstein. Naraził się Bellamy’emu nie tylko tym, że od lat niczego nie wydał. Zrobi coś gorszego: zmieni swojego zbuntowanego bohatera - idola Morrisa i jego pokolenia - w oportunistę. Czyż nie zasłużył na śmierć?

Znalezione pieniądze są tylko dodatkiem do łupu. Prawdziwy skarb to sejf pełen rękopisów Rothsteina. Ale Morris długo nie będzie mógł ich przeczytać, bo trafia do więzienia - i to z całkiem innego powodu.

W 2010 roku Peter Saubers, syn jednej z ofiar ataku Pana Mercedesa, przypadkiem znajduje kufer, a w nim gęsto zapisane notesy i... 20 000 dolarów. Kiedy wkrótce Bellamy wychodzi na wolność, Peterowi zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.

Detektyw Bill Hodges i jego dwoje pomocników muszą znowu stanąć oko w oko z szaleńcem, w dodatku mocno zdesperowanym. Tymczasem Zabójca z Mercedesa wciąż żyje...

Fragment książki:

1978

– Pobudka, geniuszu.

Rothstein nie chciał się obudzić. Miał zbyt przyjemny sen. Śniła mu się pierwsza żona parę miesięcy przed tym, zanim została jego pierwszą żoną: siedemnastoletnia, idealna od stóp do głów. Naga i lśniąca. Oboje byli nadzy. On miał dziewiętnaście lat i brud za paznokciami, ale jej to nie przeszkadzało, przynajmniej jeszcze wtedy, bo w głowie roiło mu się od marzeń i tylko to ją interesowało. Wierzyła w te marzenia jeszcze mocniej niż on, i miała rację. We śnie śmiała się i chwytała go za tę część ciała, za którą najłatwiej złapać. Chciał się zagłębić w tym śnie, ale jakaś ręka zaczęła go szarpać za ramię i sen prysł jak bańka mydlana.

Nie miał już dziewiętnastu lat i nie mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu w New Jersey. Brakowało mu pół roku do osiemdziesiątych urodzin. Żył na farmie w New Hampshire, gdzie chciał zostać pochowany. W jego sypialni byli jacyś mężczyźni. Mieli na twarzach kominiarki: jeden czerwoną, drugi niebieską, a trzeci kanarkową. Gdy ich zobaczył, próbował uwierzyć, że to kolejny sen – że tamten uroczy zmienił się w koszmar, jak to czasem bywa – wtedy jednak ręka puściła jego ramię, chwyciła za bark i ściągnęła go na podłogę. Uderzył się w głowę i krzyknął.

– Zamknij się – powiedział ten w żółtej masce. – Może go ogłuszymy?

– Patrzcie, jak dziadkowi sterczy pałka. – Ten w czerwonej wskazał palcem. – Musiał mieć niezły sen.

– To na sikanie – stwierdził ten w niebieskiej, który wcześniej potrząsnął Rothsteinem. – W tym wieku tylko wtedy staje. Mój dziadek…

– Stul pysk – odparł ten w żółtej. – Nikogo nie obchodzi twój dziadek.

Chociaż Rothstein był oszołomiony i wciąż otulony rzedniejącą kotarą snu, wiedział, że ma kłopoty. W jego myślach pojawiło się jedno słowo: napad. Spojrzał z podłogi na trio, które zmaterializowało się w jego sypialni. Bolała go głowa (z powodu leków przeciwzakrzepowych będzie miał wielki siniak na prawej skroni), a serce o niebezpiecznie cienkich ściankach waliło o lewy bok klatki piersiowej. Górowali nad nim trzej mężczyźni w rękawiczkach, ciepłych kraciastych kurtkach i tych strasznych kominiarkach. Włamywacze, a ON był tu sam na zadupiu.W promieniu wielu kilometrów ani żywej duszy.

Pozbierał myśli, na ile potrafił, odegnał sen i powiedział sobie, że sytuacja ma jeden plus: skoro nie chcą pokazać twarzy, to nie zamierzają go zabić.

Chyba.

– Panowie – powiedział.

Żółty parsknął śmiechem i wyprostował kciuk.

– Niezły początek, geniuszu.

Rothstein kiwnął głową, jakby to był komplement. Zerknął na zegar przy łóżku, który wskazywał kwadrans po drugiej nad ranem, a potem znowu spojrzał na Żółtego, chyba szefa tej bandy.

– Mam niewiele pieniędzy, ale chętnie wam je oddam, tylko nie róbcie mi krzywdy.

Powiał wiatr, jesienne liście zaszeleściły, uderzając o zachodnią ścianę domu. Rothstein wiedział, że piec grzeje po raz pierwszy w tym roku. Przecież dopiero co było lato.

– Z tego, co wiemy, masz znacznie więcej niż niewiele. – To mówił Czerwony.

– Cicho. – Żółty wyciągnął rękę do Rothsteina. – Wstawaj, geniuszu.

Rothstein ją chwycił, podniósł się chwiejnie, a potem usiadł na łóżku. Ciężko oddychał, ale był nader świadomy (samoświadomość przez całe życie była zarazem jego przekleństwem i darem), jak wygląda: stary człowiek w luźnej niebieskiej piżamie, który zamiast włosów ma już tylko białe chmurki popcornu za uszami. Tyle zostało z pisarza, który w tym samym roku, kiedy Kennedy został prezydentem, trafił na okładkę „Time’a”: JOHN ROTHSTEIN, GENIALNY SAMOTNIK AMERYKI.

Pobudka, geniuszu.

– Odsapnij sobie – powiedział Żółty. Z jego głosu przebijała troska, ale Rothstein w nią nie wierzył. – A potem pójdziemy do salonu, gdzie prowadzą dyskusje normalni ludzie. Nie śpiesz się. Otrzeźwiej.

Rothstein odetchnął powoli, głęboko, i serce trochę mu się uspokoiło. Usiłował pomyśleć o Peggy, o jej piersiach jak filiżanki do herbaty (małych, lecz idealnych), o jej długich, gładkich nogach, ale sen już zniknął, tak samo jak Peggy, która teraz była starą raszplą i mieszkała w Paryżu. Za jego pieniądze. Przynajmniej Yolande, jego drugie podejście do małżeńskiej szczęśliwości, umarła, więc przestała brać alimenty.

Czerwony wyszedł z pokoju i wkrótce Rothstein usłyszał, jak przetrząsa mu gabinet. Coś upadło. Szuflady otwierały się i zamykały.

– Już ci lepiej? – zapytał Żółty, a kiedy Rothstein kiwnął głową, dodał: – No to chodźmy.

Rothstein pozwolił zaprowadzić się do niewielkiego salonu. Po jego lewej ręce szedł Niebieski, a po prawej Żółty. Przeszukiwanie gabinetu trwało. Wkrótce Czerwony otworzy szafę, odsunie na bok dwie marynarki oraz trzy swetry i odsłoni sejf. To nieuniknione.

W porządku. Byleby zostawili notesy, ale po co mieliby je brać? Takich łobuzów interesują tylko pieniądze. Pewnie nawet nie potrafią czytać nic trudniejszego niż listy do redakcji w „Penthousie”.

Tylko że Rothstein nie miał pewności co do tego w żółtej masce. Ten brzmiał jak ktoś wykształcony.

W salonie paliły się wszystkie światła, a zasłony nie były zaciągnięte. Sąsiedzi, którzy akurat nie spali, zastanawialiby się, co się dzieje w domu starego pisarza… gdyby miał sąsiadów. Najbliżsi mieszkali trzy kilometry stąd, przy głównej szosie. Rothstein nie miał przyjaciół, nikt go nie odwiedzał. Akwizytorów posyłał do diabła. Był po prostu takim dziwacznym staruszkiem. Pisarzem na emeryturze. Pustelnikiem. Płacił podatki i nikt go nie nachodził.

Żółty i Niebieski doprowadzili go do fotela naprzeciwko rzadko włączanego telewizora; Rothstein nie usiadł od razu, więc Niebieski pchnął go na siedzenie.

– Spokojnie! – rzucił ostro Żółty i Niebieski cofnął się, coś tam mamrocząc. Czyli rzeczywiście to Żółty tu rządził. To ON był przywódcą stada. Pochylił się nad Rothsteinem, oparł dłonie na nogawkach sztruksów. – Chcesz coś sobie chlapnąć na uspokojenie?

– Jeśli chodzi o alkohol, to nie piję od dwudziestu lat. Zalecenie lekarza.

– Brawo. Chodzisz na mityngi?

– Nie byłem alkoholikiem – odparł Rothstein rozzłoszczony. Chyba zwariował, że wścieka się w takiej sytuacji… A może wcale nie? Kto to wie, jak należy reagować, kiedy faceci w kolorowych kominiarkach wyciągną cię z łóżka w środku nocy? Zastanawiał się, jak skonstruowałby taką scenę, i nie miał pojęcia. Nie pisywał o takich sytuacjach. – Ludzie od razu zakładają, że w dwudziestym wieku każdy biały pisarz na pewno jest alkoholikiem.

– No dobrze, dobrze – powiedział Żółty, jakby uspokajał naburmuszone dziecko. – Wody?

– Nie, dziękuję. Chcę, żebyście sobie poszli, więc będę z wami szczery. – Rothstein zastanawiał się, czy Żółty zna najbardziej podstawową zasadę społecznej interakcji: kiedy ktoś mówi, że będzie szczery, to zwykle znaczy, że zacznie kłamać szybciej, niż koń galopuje. – Mój portfel leży na komodzie w sypialni. Jest w nim osiemdziesiąt parę dolarów. Na kominku stoi czajnik z ceramiki… – Wskazał palcem. Niebieski się obrócił, ale Żółty nie. Żółty nadal przyglądał się Rothsteinowi, a jego spojrzenie zza maski było niemal rozbawione. Nie działa, pomyślał Rothstein, lecz się nie poddawał. Teraz, gdy już się rozbudził, nie tylko się bał, ale był wkurzony, chociaż wiedział, że lepiej tego nie okazywać. – Tam trzymam pieniądze na życie. Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt dolarów. To wszystko, co jest w domu. Bierzcie i idźcie sobie.

– Pieprzony kłamco – odparł Niebieski. – Masz dużo więcej forsy, koleś. Wiemy o tym, możesz nam wierzyć.

Jakby to było przedstawienie teatralne, a powyższa kwestia była sygnałem, Czerwony zawołał z gabinetu:

– Bingo! Znalazłem sejf! I to duży!

Rothstein wiedział, że mężczyzna w czerwonej masce go odnajdzie, ale i tak zakłuło go serce. To głupota trzymać pieniądze w domu, nie miał na to wytłumaczenia oprócz niechęci do kart kredytowych, czeków, akcji i instrumentów finansowych, wszystkich tych kuszących łańcuchów, które przykuwają ludzi do przytłaczającej i ostatecznie niszczycielskiej amerykańskiej machiny długów i wydatków. Ale teraz ta gotówka mogła się okazać jego zbawieniem. Gotówkę można odtworzyć. Ponad stu pięćdziesięciu notesów – nie.

– A teraz szyfr – powiedział Niebieski. Pstryknął palcami w rękawiczkach. – Dawaj.

Rothstein z wściekłości był niemal gotów się postawić – zdaniem Yolande gniew stanowił przez całe życie jego pozycję wyjściową („Pewnie nawet w cholernej kołysce”, powiedziała kiedyś) – ale jednocześnie był zmęczony i przestraszony. Gdyby się wzbraniał, wyciągnęliby z niego ten szyfr przemocą. Może nawet znowu dostałby zawału, tym razem niemal z pewnością śmiertelnego.

– Czy jeśli dam wam kod do sejfu, to weźmiecie pieniądze i pójdziecie?

– Panie Rothstein – odparł Żółty z życzliwością, która wydawała się szczera (a przez to groteskowa) – w pana sytuacji nie ma miejsca na targi. Freddy, idź po torby.

Rothstein poczuł powiew chłodnego powietrza, kiedy Niebieski, znany również jako Freddy, wyszedł przez drzwi kuchenne. Tymczasem Żółty znowu się uśmiechał. Rothstein zdążył znienawidzić ten uśmiech. Te czerwone wargi.

– No dalej, geniuszu, gadaj. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej będzie z głowy.

Rothstein westchnął, a potem wyrecytował kombinację do sejfu Gardall w gabinecie:

– Dwa obroty w lewo do trzydziestu jeden, dwa obroty w prawo do trójki, jeden obrót w lewo do osiemnastu, jeden obrót w prawo do dziewięćdziesięciu dziewięciu, a potem z powrotem do zera.

Czerwone usta pod maską rozchyliły się szerzej, ukazując zęby.

– Mogłem się domyślić. Twoja data urodzin.

Kiedy Żółty głośno przekazał szyfr mężczyźnie w gabinecie, Rothstein doszedł do pewnego nieprzyjemnego wniosku. Niebieski z Czerwonym przyszli tu po forsę, a Żółty pewnie też dostanie swój udział, ale to raczej nie pieniądze były głównym celem mężczyzny, który wciąż mówił do niego „geniuszu”. Jakby dla podkreślenia tej konkluzji, wrócił Niebieski w towarzystwie kolejnego chłodnego powiewu z dworu. Miał ze sobą cztery worki marynarskie, po dwa na każdym ramieniu.

– Posłuchaj. – Rothstein spojrzał Żółtemu w oczy i nie pozwolił odwrócić wzroku. – Nie rób tego. Oprócz pieniędzy w tym sejfie nie ma nic, co warto zabrać. Reszta to tylko czcza bazgranina, ale dla mnie jest ważna.

Z gabinetu dobiegł krzyk Czerwonego:

– Rany Julek, Morrie! Rozbiliśmy bank! Kurka wodna, tu jest kupa forsy! I to w kopertach prosto z banku! Jest ich kilkadziesiąt!

Co najmniej sześćdziesiąt, mógłby dodać Rothstein, a może nawet osiemdziesiąt. A w każdej po czterysta dolarów. Od Arnolda Abla, mojego księgowego z Nowego Jorku. Jeannie spienięża czeki i przywozi koperty z gotówką, a ja chowam je w sejfie. Tylko że mam niewiele wydatków, bo najważniejsze rachunki również płaci Arnold w Nowym Jorku. Od czasu do czasu daję napiwek Jeannie, a na Boże Narodzenie listonoszowi, ale poza tym rzadko wydaję forsę. Jest tak od lat. A dlaczego? Arnold nigdy nie pyta, co robię z pieniędzmi. Może myśli, że mam układ z panienką na telefon albo i dwiema. Może myśli, że gram na kucykach w Rockingham.

A teraz najśmieszniejsze, mógłby powiedzieć do Żółtego (znanego również jako Morrie), sam też nigdy siebie o to nie pytałem. Ani o to, dlaczego zapełniam notes za notesem. Z pewnymi rzeczami tak po prostu jest.

Rothstein mógłby to wszystko powiedzieć, ale milczał. Nie dlatego, że Żółty by tego nie zrozumiał, ale przeciwnie – bo te jego uśmiechnięte czerwone usta podpowiadały, że owszem.

I że nic by go to nie obchodziło.

– Co tam jeszcze jest? – zawołał Żółty. Nie spuszczał wzroku z Rothsteina. – Pudełka? Pudełka z rękopisami? Takiej wielkości, jak mówiłem?

– Nie pudełka. Notesy! – odkrzyknął Czerwony. – Ten pieprzony sejf jest ich pełen.

Żółty uśmiechnął się, wciąż patrząc w oczy Rothsteina.

– Z odręcznym pismem? W ten sposób to robisz, geniuszu?

– Proszę – powiedział Rothstein. – Zostawcie je. Tego materiału nikt nie powinien oglądać. Jeszcze nie jest gotowy.

– I tak sobie myślę, że nigdy nie będzie. Ty tylko chomikujesz. – Ów błysk w oku, błysk, w którym Rothstein widział coś irlandzkiego, teraz już znikł. – Bo nic już nie musisz wydawać, no nie? Nie goni cię konieczność finansowa. Dostajesz tantiemy za Uciekiniera. I za Uciekinier staje do walki. I za Uciekinier zwalnia. Słynna trylogia Jimmy’ego Golda. Stale wznawiana. Wciąż na akademickich listach lektur w całym naszym pięknym kraju. Paru wykładowców, co ciebie i Saula Bellowa mają za ósmy cud świata, załatwiła ci posłuszną publiczność studenciaków. Więc jesteś ustawiony, co? Po co ryzykować wydanie książki, która mogłaby nadszarpnąć tę twoją cudowną reputację? Lepiej się tu chować i udawać, że świat nie istnieje. – Żółty pokręcił głową. – Mój drogi, przy tobie słowo „asekuranctwo” nabiera nowego znaczenia.

Niebieski wciąż stał w progu.

– Co mam robić, Morrie?

– Idź do Curtisa. Spakujcie całość. Jeśli wszystkie notesy nie zmieszczą się do worków, to się rozejrzyjcie. Nawet taki odludek jak ON musi mieć co najmniej jedną walizkę. Nie marnujcie czasu na liczenie pieniędzy. Chcę się stąd zmyć jak najszybciej.

– Dobra.

Niebieski – Freddy – wyszedł.

– Nie rób tego – powiedział Rothstein i przeraził się drżeniem własnego głosu. Czasami zapominał, jaki jest stary, ale nie dziś. O nie, dziś nie.

Mężczyzna o imieniu Morrie nachylił się ku niemu. Z otworów żółtej maski patrzyły zielonkawoszare oczy.

– Chcę się czegoś dowiedzieć. Jeśli będziesz szczery, to może zostawimy notesy. Będziesz ze mną szczery, geniuszu?

– Spróbuję – odparł Rothstein. – I ja nigdy tak o sobie nie mówiłem. To „Time” nazwał mnie geniuszem.

– Ale sprostowania pewnie też nie wysłałeś.

Rothstein milczał. Ty sukinsynu, pomyślał. Ty pieprzony mądralo. Nic mi nie zostawisz, prawda? I nie ma znaczenia, co ci powiem.

– Jedno mnie interesuje: dlaczego, na Boga, nie mogłeś zostawić Jimmy’ego Golda w spokoju? Dlaczego musiałeś pogrążyć go w szambie?

To pytanie było tak niespodziewane, że w pierwszej chwili Rothstein nie miał pojęcia, o czym Morrie mówi, mimo że Jimmy Gold to jego najsłynniejszy bohater, dzięki któremu ludzie będą go pamiętać (jeśli w ogóle będzie za coś pamiętany). W tym samym artykule w „Time”, w którym okrzyknięto go geniuszem, nazwano Jimmy’ego Golda „amerykańską ikoną rozpaczy w krainie dostatku”. W gruncie rzeczy pieprzenie, ale nakręcało sprzedaż książek.

– Jeśli uważasz, że powinienem był poprzestać na Uciekinierze, to nie jesteś jedyny.

Ale nie ma was wielu, mógłby dodać. Uciekinier staje do walki umocniło pozycję Rothsteina jako ważnego amerykańskiego pisarza, a Uciekinier zwalnia było ukoronowaniem jego kariery. Krytyka właziła mu w dupę, książka nie schodziła z listy bestsellerów „New York Timesa” przez sześćdziesiąt dwa tygodnie. No i dostał za nią National Book Award, tyle że nie przyszedł jej odebrać. „Iliada powojennej Ameryki” – tak napisano w uzasadnieniu nagrody i nie chodziło tylko o ostatni tom, ale o trylogię jako całość.

– Nie mówię, że powinieneś był skończyć na Uciekinierze – odparł Morrie. – Uciekinier staje do walki był równie dobry, może nawet lepszy. Te książki były prawdziwe. Ale ta ostatnia? Rany, co za szajs! Robota w reklamie? Serio, w reklamie?

Żółty zrobił coś, od czego Rothsteina ścisnęło w gardle, a jego żołądek zrobił się ciężki jak z ołowiu: powoli, niemal z czułością ściągnął żółtą kominiarkę, odsłaniając twarz młodego mężczyzny o urodzie bostońskiego Irlandczyka: rude włosy, zielonkawe oczy, blada cera, na której zamiast opalenizny zawsze będą oparzenia. No i te dziwne czerwone usta.

– Dom na przedmieściach? Ford sedan na podjeździe? Żona i dwójka dzieciaczków? Każdy się w końcu sprzedaje, to chciałeś powiedzieć? Każdy zje truciznę?

– W notesach...

Rothstein chciał powiedzieć, że w notesach są jeszcze dwie powieści o Jimmym Goldzie, które dopełniają cykl. W pierwszej Jimmy dostrzega nijakość swego podmiejskiego życia, więc zostawia rodzinę, pracę i wygodny dom w Connecticut. Odchodzi pieszo, bierze tylko chlebak i ubranie, które ma na sobie. Staje się starszą wersją tego chłopaka, który rzucił szkołę, odwrócił się od materialistycznej rodziny i po weekendzie pijaństwa w Nowym Jorku postanowił wstąpić do wojska.

– Co w notesach? – zapytał Morrie. – No, geniuszu, wypluj to z siebie. Powiedz, dlaczego musiałeś go powalić na ziemię, wleźć mu na głowę i wytarzać mu twarz w błocie?

W Uciekinier jedzie na zachód Jimmy Gold znowu staje się sobą, chciał powiedzieć Rothstein. Kwintesencją siebie. Tylko że Żółty pokazał mu swoją twarz, a teraz wyjmował pistolet z prawej kieszeni kraciastej kurtki. Wydawał się zasmucony.

– Stworzyłeś jednego z najwspanialszych bohaterów literatury amerykańskiej, a potem go obsrałeś – powiedział Morrie. – Ktoś, kto jest do tego zdolny, nie zasługuje, żeby żyć.

Gniew zawrzał w Rothsteinie jak miła niespodzianka.

– Jeśli tak uważasz, to znaczy, że nie zrozumiałeś z tych książek ani słowa.

Morrie wycelował pistolet. Wylot lufy był czarnym okiem.

W odpowiedzi Rothstein wymierzył w niego swój poskręcany artretyzmem palec, jakby również miał broń. Poczuł satysfakcję, kiedy Morrie mrugnął i nieco się wzdrygnął.

– Nie wciskaj mi tu swojej durnej krytyki literackiej. Dość już się tego nasłuchałem, kiedy ciebie jeszcze nie było na świecie. Ile ty w ogóle masz lat? Dwadzieścia dwa? Dwadzieścia trzy? Co ty wiesz o życiu, nie wspominając o literaturze?

– Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie każdy się sprzedaje. – Rothstein ze zdumieniem dostrzegł łzy w tych irlandzkich oczach. – Nie praw mi kazań o życiu, skoro od dwudziestu lat kryjesz się przed światem jak szczur.

Ta stara krytyka – „jak śmiesz odchodzić od Stolika Sław?” – sprawiła, że złość Rothsteina rozgorzała pełnią gniewu, takiego gniewu z rzucaniem szklankami i rozbijaniem mebli, który rozpoznałyby Peggy i Yolande – i bardzo się z tego cieszył. Lepiej umrzeć we wściekłości, niż kuląc się i błagając o litość.

– W jaki sposób spieniężysz moją twórczość? Zastanawiałeś się nad tym? Zakładam, że tak. I na pewno rozumiesz, że równie dobrze mógłbyś próbować sprzedać skradziony notatnik Hemingwaya albo obraz Picassa. Ale twoi koledzy nie są tacy wykształceni, prawda? Poznaję to po tym, jak mówią. Czy wiedzą to, co ty? Na pewno nie. Ale ty wcisnąłeś im czek bez pokrycia. Obiecałeś im gruszki na wierzbie i powiedziałeś, że wszyscy się nimi najedzą. Myślę, że jesteś do tego zdolny. Myślę, że masz do dyspozycji całe jezioro słów. Ale, moim zdaniem, to płytkie jezioro.

– Zamknij się. Gadasz jak moja matka.

– Jesteś pospolitym złodziejem, kolego. I do tego głupim, bo kradniesz coś, czego nie można sprzedać.

– Zamknij się, geniuszu. Ostrzegam cię.

A jeśli pociągnie za spust? – pomyślał Rothstein. Koniec lekarstw. Koniec wypominania sobie przeszłości, pobojowiska zniszczonych związków, zostawionych po drodze jak rozbite samochody. I koniec z obsesyjnym pisaniem, koniec z gromadzeniem tych notesów jak kupek króliczego gówna rozsianych wzdłuż leśnej ścieżki. Kulka w łeb może wcale nie byłaby taka zła. Lepsza niż rak albo alzheimer, ten największy postrach każdego człowieka, który zawsze zarabiał na życie intelektem. Oczywiście pojawią się nagłówki, było ich mnóstwo jeszcze przed tym cholernym artykułem w „Time”… Ale jeśli pociągnie za spust, nie będę ich musiał czytać.

– Jesteś głupi – rzucił. Naraz ogarnęła go swoista ekstaza. – Masz się za mądrzejszego niż tamci dwaj, ale to nieprawda. Oni przynajmniej rozumieją, że gotówkę można wydać. – Nachylił się i spojrzał w tę bladą, piegowatą twarz. – Wiesz co, dzieciaku? To właśnie przez takich jak ty czytelnictwo pada.

– Ostatnie ostrzeżenie – powiedział Morrie.

– Pieprzyć twoje ostrzeżenie. I pieprzyć twoją matkę. Albo mnie zastrzel, albo won z mojego domu.

Morris Bellamy go zastrzelił.

Czytaj całość

Recenzje (3)
  1. Recenzenckie Mistrzostwo Świata
    Ocena: 4/5
    Dodana przez w dniu 2015-07-08
    Recenzja dotyczy produktu typu: książka
    19 z 28 osób uznało recenzję za przydatną

    Świat jest okrutny – powie wam to wiele ludzi. Nie zastanowią się nad odpowiedzią, nie zawahają się ani przez chwilę. Po prostu stwierdzą fakt, który według nich jest niepodważalny. Ale czy nie można tego zmienić? Peter urodził się w szczęśliwej rodzinie. Jego rodzice kochali się, mieli dobrą pracę, piękną przyszłość przed sobą, tylko... Te tylko zmienia wszystko w ciągu jednej chwili. Ojciec Pete'a traci pracę. Jest jednym z wielu osób, które straciły wszystkie dochody przez kryzys. Jednak człowiek nie traci tak łatwo nadziei. Po prawie roku bezowocnego poszukiwania pracy wybiera się na targi pracy. Pamiętacie je? Tysiące ludzi pełnych nadziei na zmianę swojego losu, matki z dziećmi, trzymające się niezachwianie ostatniej deski ratunku i szaleniec za kierownicą mercedesa...

    I tak oto po raz pierwszy w swoim życiu przeczytałam powieść sławnego Stephena Kinga. Czekałam na tę chwilę wiele lat, a teraz rozkoszuję się pisaniem tej recenzji. Mam multum słów, którymi chcę się z wami podzielić. Tyle spostrzeżeń, tyle uwag... Dlaczego zaczynam od najnowszej powieść Kinga, jego drugiego kryminału i zarazem kolejnej części przygód Billa Hodgesa? To jest bardzo dobre pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. Większość z was stwierdzi, że to największa zbrodnia jaką mogłam popełnić. Zgadzam się, ale czy nadal pozostaje zbrodnią, jeśli dzięki niej na pewno zapoznam się z innymi dziełami tego wybitnego pisarza?

    To nie jest tak, że nigdy wcześniej nie miałam żadnej książki Kinga w ręku. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, zaczęłam czytać "Cujo", które poleciła mi bibliotekarka. Jest to jeden z najsławniejszych horrorów pisarza, ale niestety ciężki styl autora okazał się dla mnie (w wersji kilka lat młodszej) o wiele za ciężki. Biorąc "Znalezione nie kradzione" do ręki, miałam wiele obaw. Bałam się, że styl nadal okaże się dla mnie za ciężki i nie pozwoli na zapoznanie się z tą lekturą. W końcu nie każdy musi lubić Kinga. Na szczęście moje obawy okazały złudne. Przyznaję, że według mnie język autora nie jest językiem łatwym i na początku miałam duże trudności ze skupieniem się. Musiałam przebrnąć przez te pierwsze kilkadziesiąt stron i przyzwyczaić się do wcześniej mi nieznanego pióra. Dopiero wtedy zaczęłam doceniać kunszt twórcy. Choć nie zmienia to faktu, że nadal uważam, że potrzebuję odpowiedniego miejsca, by zrozumieć tekst. Nie może być to zatłoczony autobus, czy spotkanie rodzinne.

    "Znalezione nie kradzione" zyskało moją sympatię do tego stopnia, że stało się częścią mojego życia. Nie odczuwałam gwałtownego pragnienia czytania dalej powieści, jednakże przyzwyczaiłam się do niej i przez kilka dni zapoznawanie się z jej treścią okazało się moim zwyczajem. Na pewno gdy wracacie z pracy, szkoły macie jakiś zwyczaj, czynność, która pozwala wam odpocząć, a przy tym nie nudzi się mimo codziennego powtarzania jej. Dla mnie taką czynnością jest słuchanie muzyki, ale przez te kilka dni właśnie ten kryminał stał się częścią mojego życia.

    Zawsze zakładałam, że w książkach Kinga najpierw jest wprowadzenie, które pozwala nam poznać bohaterów, przywiązać się do danego miejsca, a dopiero później pojawia się ten moment zaskoczenie, który jest jeszcze straszniejszy, gdyż wiemy, kogo dotknął, a jest to najczęściej postać nam bliska. Ta książka potwierdza moją małą teorię (nie wiem, jak inne). Nie powiem, że na początku nic się nie działo, bo to byłoby kłamstwo, ale akcja była powolna i mozolnie nabierała tempa. Dla mnie jest to bardzo duża zaleta. Gdy wszystko dzieje się za szybko, nie mam czasu, by przejąć się czymkolwiek, a dzięki temu mogłam poświęcić odpowiednią ilość czasu na przeżywanie tych wszystkich zdarzeń.

    Również przypadła mi do gustu fabuła, a w szczególności wątek mordercy, który stał się nim wyłącznie przez fanatyczną miłość do książki. Widziałam w nim siebie. To wszystko zaczęło się tylko od pytań, pragnienia poznania większej liczby informacji, a zakończyło desperacją, która prowadziła do zniszczenia życia wielu ludzi. Natomiast wielopoziomowość powieści dodała realności tym wydarzeniom. Nie pojawili się tylko bohaterowie, którzy mieli coś wspólnego z całą opowieścią. Byli również ci epizodyczni, którzy mają własną historię do opowiedzenia.

    Jak przeczytaliście, jestem bardzo szczęśliwa, że nareszcie zapoznałam się z twórczością Stephena Kinga. Przede mną wiele jego książek. Mam nadzieję, że nie zawiodę się. "Znalezione nie kradzione" polecam fanom kryminału, choć radziłabym zacząć od "Pana Mercedesa". Druga część nie nawiązuje do niego prawie wcale, ale nie ukrywa zakończenia pierwszego tomu.

    Czy ta recenzja była przydatna? tak | nie
    Napisz pierwszy komentarz
  2. Recenzenckie Mistrzostwo Świata
    Ocena: 5/5
    Dodana przez w dniu 2015-06-08
    Recenzja dotyczy produktu typu: książka
    10 z 17 osób uznało recenzję za przydatną

    „Znalezione nie kradzione” to porywająca i przykuwająca do fotela powieść, która, moim zdaniem, jest jeszcze lepsza niż Pan Mercedes. Znakomicie przemyślana fabuła, pozornie różne wątki splatające się w świetną całość, niesamowity klimat i stopniowo narastające napięcie – to cechy najnowszej powieści Stephena Kinga. Kiedy doda się do tego znakomitą kreację bohaterów, wychodzi naprawdę świetna książka. I staram się być obiektywna, choć jestem zagorzałą fanką Kinga i zwykle wiele mu potrafiłam wybaczyć, ale tutaj nie dostrzegam uchybień. Powieść jest idealnie zgrana w całość i mnie dosłownie przykuła do fotela, ciężko mi było ją odkładać. Obserwowałam akcję z zafascynowaniem, kibicowałam i trzymałam kciuki za sprytnego i mądrego Petera. Intrygował mnie fanatyczny Bellamy, zafascynowany postacią Jimmy’ego Golda.

    King po raz kolejny pokazał kunszt i wysoki poziom swoich pisarskich umiejętności. Ten pisarz nie starzeje się, a każda kolejna książka wydaje się być lepsza od poprzednich. Uwielbiam być przez niego zaskakiwana. To, kiedy będzie kolejna powieść???? :)

    Czy ta recenzja była przydatna? tak | nie
    Napisz pierwszy komentarz
  3. Recenzenckie Mistrzostwo Świata
    Ocena: 4/5
    Dodana przez w dniu 2017-07-31
    Recenzja dotyczy produktu typu: książka
    0 z 0 osób uznało recenzję za przydatną

    ZNALEZIONE-UKRADZIONE

    Pierwszy tom
    trylogii o Billu Hodgesie był sprawnie napisanym (wręcz rewelacyjnym w otwierającej go scenie) kryminałem, który im bliżej końca, tym bardziej tracił na jakości, stając się powtórkową, przewidywalną, choć nadal miłą rozrywką. Kontynuacja nie była więc przeze mnie szczególnie wyczekiwaną powieścią, chociaż posiadając wszystkie utwory Kinga, nie mogłem nie kupić także „Znalezione nie kradzione”. I chociaż również ta powieść okazała się przewidywalna, zabawa była tak samo dobra, a nawet lepsza, niż w przypadku „Pana Mercedesa”.

    W roku 1978 Morris Bellamy i jego koledzy obrabowują znanego pisarza, Johna Rothsteina, autora „Uciekiniera”. Towarzysze Morrisa nie mają jednak pojęcia, że ich koledze wcale nie zależy na pieniądzach, a na notesach z twórczością autora. W wyniku napadu Rotstein zostaje zabity, a Bellamy ukrywa notesy i zrabowane pieniądze pod drzewem niedaleko swojego domu. Wkrótce też trafia do więzienia, ale nie za tę zbrodnię, tylko za gwałt na pewnej kobiecie, a śmierć pisarza pozostaje niewyjaśnioną zagadką policyjnych akt.

    Czasy obecne. W domu Morrisa zamieszkują nowi właściciele Saubersowie. Głowa rodziny, Tom, który został ranny, kiedy psychopata wjechał samochodem w ludzi (w tomie „Pan Mercedes”), nie potrafi wieść normalnego życia, co prowadzi do poważnych problemów finansowych i powolnego rozpadu małżeństwa. Kiedy więc jego syn Peter znajduje skrzynię z pieniędzmi i notesami Rothsteina, postanawia anonimowo wesprzeć własną rodzinę. Niestety, kiedy środki po kilku latach zaczynają się kończyć, chłopak decyduje się sprzedać słynącemu z niebyt czystych interesów lokalnemu antykwariuszowi rękopisy zabitego pisarza. Pech chce, że z więzienia wyszedł właśnie Bellamy i zamierza je odnaleźć. Rodzina Saubersów znajdzie się w niebezpieczeństwie i może nawet prywatny detektyw, Bill Hodges, nie będzie tym razem w stanie nic poradzić…

    Z powieściami Kinga tak to już jest, że nawet najlepsze pomysły często okazują się niewypałami. Autor bowiem ma tendencję do zbaczania w dziwne rejony, kombinowania i nadmiernego odrywania się od ziemi w swoich dziełach, a to często zabija realizm, gubi logikę, a nawet bywa śmieszne. „Pan Mercedes” zaczął się genialnie, potem było już coraz słabiej i chociaż powieść w ostatecznym rozrachunku okazała się bardzo dobrym thrillerem, brakowało w niej elementu zaskoczenia. „Znalezione nie kradzione” także zaczyna się rewelacyjnie i także niczym nie zaskakuje, ale na szczęście całość broni się bardzo dobrze. Czym?

    Zacznijmy od tego, że tak, jak to było w najlepszych powieściach pisarza, tak i tu króluje strona obyczajowa. Życie bohaterów jest proste, zwyczajne, tak nam bliskie, a co za tym idzie, bardziej angażuje nas emocjonalnie. Elementy gatunkowe także nie zawodzą. Jest więc krwawo, brutalnie, ale i z napięciem. Do tego bohaterowie przekonują swoją psychologią, a co więcej King, w typowy dla siebie sposób, zawarł tu wiele odwołań do własnego życia i twórczości. Trudno bowiem w Rothsteinie nie dostrzec alter ego Króla Grozy z Maine, co więcej ten fikcyjny autor napisał „Uciekiniera” i chociaż w oryginale tytuł tej powieści (a właściwie serii) brzmi „Runner” (i całkiem słusznie jej treści kojarzy się z „Uciekaj, Króliku” Updike’a, choć King nie ukrywa też inspiracji Rothem i Salingerem), od razu kojarzy się ona z „Uciekinierem” (ang. „Running Man”) wydanym przez Stephena pod nom de plume Richard Bachman. Dodajcie do tego lekki, krwisty i wciągający styl, świetne poprowadzenie akcji i znanych z „Pana Mercedesa” sympatycznych bohaterów i otrzymacie powieść, którą powinien przeczytać nie tylko każdy miłośnik twórczości autora, ale także każdy, kto ceni dobre thrillery i kryminały. Ja ze swej strony polecam bardzo gorąco i ciekaw jestem, jak King zakończył całą opowieść tomem „Koniec warty”, który wkracza na ścieżkę czystej grozy i fantastyki.

    Czy ta recenzja była przydatna? tak | nie
    Napisz pierwszy komentarz

Szczegóły

Pokaż więcej

  • Tytuł: Znalezione nie kradzione
  • Autor: Stephen King
  • Wydawnictwo Albatros
  • Seria Pan Mercedes
  • Oprawa: Miękka
  • Rok wydania: 2015
  • Ilość stron: 480
  • Format: 14,5x20,5 cm
  • Stan: nowy, pełnowartościowy produkt
  • Model: 9788378855996
  • Język: polski
  • Oryginalny tytuł: FINDERS KEEPERS
  • Tłumacz: Lisowski Rafał
  • ISBN: 9788378855996
  • EAN: 9788378855996
  • Wymiary: 14.5x20.5x3.2 cm
Zobacz, dlaczego warto nam zaufać

Doskonała komunikacja, perfekcyjne podejście do klienta, realizacja szybka i całkowicie zgodna z zamówieniem, do tego dobra cena, czyli całość na piątkę.

Anyszka

Polecam, polecam, polecam! Świetny wybór, książki w doskonałej cenie i co najważniejsze błyskawiczna realizacja zamówienia - dodaję do moich ulubionych sklepów.

magdape

Bardzo miła obsługa, szybko reagują na wiadomości pisane. Szybko rozwiązują problem i tłumaczą sytuację, oraz bardzo jasno i konkretnie piszą mail o każdej zmianie w zamówieniach.

Lenka

Kolejny raz robię zakupy w sklepie i jest super szybko, tanio i wygodnie. Aż żałuję, że nie mają innych propozycji, które mnie interesują. Gorąco polecam.

Beata

Transakcja przebiegła szybko i sprawnie. Książki super i wszystko porządnie zapakowane. Nie jest to na pewno moja ostatnia styczność ze sklepem. Polecam.

Agnieszka

Sklep godny polecenia, szybko zrealizował zamówienie. Dodatkowo otrzymałam rabat. Bardzo korzystna cena zamówionych książek. Łącznie z przesyłką wyszło taniej niż w księgarni stacj...

Zosia

Bardzo sprawnie zrealizowane zamówienie. Pomimo, że podano mi późniejszy termin dostarczenia przesyłki otrzymałam ją kilka dni wcześniej. Sklep cechuje solidność i profesjonalizm. ...

Joanna

Sklep bardzo fajny, pomocny i szybki. Realizacja zamówienia trwała kilka dni. Zamówienie doskonale zapakowane i nienaruszone.

Frau Sonne

Jestem zadowolona ze sklepu i przeprowadzonej transakcji. Duży wybór książek, dostawa zgodnie z podaną przez sprzedawcę datą, bardzo porządnie zapakowana. Polecam.

agnes352

Polecam sklep z czystym sumieniem. Kontakt bardzo dobry, ceny rewelacyjne, wybór książek ogromny. Na pewno wkrótce znów złożę zamówienie.

natka2817

Rewelacja!!! Zamówienie otrzymałam 5 dni od złożenia zamówienia, a mieszkam w Wielkiej Brytanii.

Adrianna

Pierwszy raz kupowałam książki przez internet i się nie rozczarowałam. Książki przyszły w oczekiwanym terminie, były dobrze zabezpieczone. Na pewno skorzystam jeszcze nie jeden raz...

Paula