Komancze zyskali sobie miano "Władców Południowych Równin" i nie mieli żadnych wątpliwości, że słusznie im się ono należy. Uważali się za ludzi nieskończenie lepszych od białych i innych plemion. Wybitny agent do spraw Indian, major Robert S. Neighbors opisuje, jak do wioski Tonkawów zajechało czterdziestu wojowników Komanczów pod wodzą Starej Sowy (Old Owl) i w "najbardziej bezceremonialny i władczy sposób" zażądało opieki nad swymi końmi oraz kolacji, albowiem zamierzają zostać tu na noc. Rozkazy spełniono z całą gorliwością i przybyszom usługiwało przy posiłku czterdzieści najpiękniejszych Tonkawek. O Meksykanach Komancze mówili pogardliwie, że naród ten istnieje tylko po to, żeby hodował dla nich konie i krowy oraz dostarczał im niewolników. Z równą pogardą wyrażali się o Pav-o-ti-vo, czyli białych Amerykanach, nazywając ich wielkimi łajdakami, wśród których rzadko się znajdzie tak szlachetny człowiek jak wspomniany major Neighbors.
Odwaga i wojowniczość Komanczów przeszły do legendy i mało kto je podważał w taki sposób, jak słynny Czejen półkrwi, George Bent, który pisał następująco: "Możecie przeczytać w starych książkach, jakimi to wspaniałymi wojownikami byli Komancze, Kiowowie i Apacze Prerii, ale to wszystko bzdury. Plemiona te dokonywały potężnych najazdów w głąb Meksyku, zabijając nieszczęsnych peonów i zagarniając wielkie stada koni i mułów, ale nie potrafiły stawić czoła wrogowi i walczyć, jak plemiona żyjące dalej na północ. Ich wojownicy byli niezrównanymi jeźdźcami stosującymi niesamowite sztuczki, lecz nie można było na nich liczyć w prawdziwej walce".